Nudny dzień







Za oknem ostre promienie letniego słońca oświecające hogwarckie błonia zwiastowały nadejście pięknej pogody. Lekki wiaterek wprawiał w poranny taniec bujnie zielone drzewa, które swymi sylwetkami w cieniu dormitorium dziewczyn lekko niby ochraniały je przed rażącymi promieniami. Przez lekko otwarte okno wlewały się promienie, ogrzewając podręcznik od Transmutacji, który spoczywał na samej górze wieży książek na wtorkowe lekcje. Na pięciu drewnianych łożach leżały bezwładnie dziewczyny jakby nie było w nich cienia życia. Przypominały mi takie zmęczone życiem pięć staruszek, którym nic innego nie zostało tylko spanie i robienie sweterków na drutach. Zaśmiałam się myśląc co może śnić się takiej Scarlet. Rycerz w srebrnej zbroi... Black na koniu ratujący ją z lekcji Transmutacji. Blach... dla mnie to byłyby koszmary... no może oprócz tego rycerza. Zabrałby mnie na koniu do swojego zamku i ożeniłby się ze mną :D. Boże... co ja mówię. Monotonna nauka w Hogwarcie źle działa na umysł, ale na szczęście przede mną ferie wielkanocne, które mam spędzić z moją rodzinką. Sam cud miód typu Petunia, która zawsze szuka we mnie winnej, tatuś, mamusia, wujuś, ciociunia i całe kuzynostwo typu Herbert i Lucilla.
-Lila! Boże drogi ty nie śpisz toć to... środek no... ej czemu słonice już wstało- odezwała się ze swojego łóżka Scarlet.
-A czemu ptaszki śpiewają?- zaśmiałam się rzucając w nią poduszką, którą przed chwilą miętoliłam w ręce.
-O nie! Która jest?
-7.30
-Gacie, skarpetki, spódnica, kredka do oczu, bluzka, krawat...
-Żelki i toffinki... aooooo- dopowiedziała Lucy, która niezorientowana w sytuacji oberwała z papcia lecącego z odległości łóżka obok.
-Tak wsadź se je gdzieś...
-Ej! Idiotko nie stawiaj całego dormitorium na nogi może tu ktoś chce się spóźnić na lekcje pomyślałaś o tym?
-Ja idiotka to ty jesteś bo głupio dopowiadasz!
-Co?!
-Do Jasnej Anielki przestańcie!- wrzasnęłam. No Lili Evans wkracza do akcji rozdzielając dwie wściekłe dziewczyny :D. I'm hero- Co wy sobie myślicie co? Zaraz tu McGonagal przyjdzie idiotki.
-My idiotki?- odpowiedziały chórem- Takaś ty mądra?
-Tak!
-Hej co się dzieje?-doszedł nas głos Celi.
-Zamknij się!- ryknęłyśmy.
-Budzik trzeba było sobie nastawić.
-Jeszcze czego oprócz tego krzyku słyszałabym tą durną melodyjkę!
-Co?! Moja melodyjka jest durna? Ja ci zaraz pokarzę!
Jak to każdego dnia miałyśmy zwyczaj robić weszłyśmy z hukiem do Wielkiej Sali tworząc wokół zamęt i niepokój wśród pierwszaków, którzy myśląc, że jaki napad w szkole poczęły wrzeszczeć. Obojętnie przewracając oczyma usiadłam na moim miejscu i zaczęłam jeść kaszkę. O jaki rarytas z cynamonem! Kto by pomyślał, że taki zaszczyt mnie spotka
-Rany Lila od kiedy ty jesz kaszkę?- spytała Lucy.
-Od dzisiaj...
-Spójrz na nich, co za kretyni- szepnęła do mnie wskazując na Blacka i Pottera, bawiących się łyżeczkami. Zabawa ta polegała najwyraźniej na napinaniu łyżeczki i celowania w siebie nawzajem.
-Inteligentne zabawy czternastoletnich idiotów.
-Czemu? Moim zdanie to jest słodkie- skomentowała Emili.
-Wiesz na następny raz nie wyrażaj „swojego zdania” bo mnie o mdłości to wprawia- powiedziałam zgryźliwie. Nie odzyskując odpowiedzi coś przykuło moją uwagę. Potterowskie brązowe oczy znudzone najwyraźniej zabawą z bobo Blackiem udając, że wpatrują się na swoją miskę co jakiś czas zerkały na moje gołe kolana, więc zgorszona siadając głębiej nie pozwoliłam na ponętne spojrzenia w „zakazany obiekt”. Jakie to myśli w tak niedojrzałej głowie muszą się motać... a fee. Chłopak spojrzał na mnie i także usiadł głębiej tym razem z „obiektu dolnego” przeniósł się na „obiekt górny”. Boże... Niedokańczając swojego śniadania wstałam zupełnie zniesmaczona od stołu i wyszłam. Moja mama jak byłam mała mówiła mi coś o tym, że gdy chłopacy przekroczą wiek trzynastu lat zaczynają myśleć o różnych dziwnych rzeczach... może właśnie miała na myśli postępowanie Pottera. Eh... Rany Boskie co oni mają w tych łbach.
-Evans czekaj!- usłyszałam za sobą męski znajomy głos. Tylko nie on, nie on, nie on! Odwróciłam się. To jednak on- Gdzie tak uciekasz?
-Nie uciekam. Masz już chyba zwidy Potter lepiej idź się wyspać- syknęłam w jego stronę i próbował iść w stronę klasy, lecz ręka potterowska mnie zatrzymała i odwróciła do siebie.
-Chciałem sobie z tobą coś wyjaśnić- powiedział poważnym wręcz grobowym tonem- czemu tańczyłaś z innym na balu co?
-Słucham?
-Mam powtórzyć?
-Nie jestem twoją własnością Potter, twoją zabawką, twoim dziewczątkiem...
-Nie?...- spytał się, ale widząc mój niezbyt przyjemny wyraz twarzy dodał- To znaczy nie gniewaj się. Spokojnie- wyczarował kwiaty i uklęknął przede mną. Proszę, jakie to przereklamowane, Boziu.
-Eh... - wzięłam kwiaty dla świętego spokoju i weszłam do klasy. Tacy jak oni to rzeczywiście mają bardzo wymarzony gust. Róże. Taki rycerz to byłby dopiero gentelmen... co ja mówię? Lepiej byłoby, jakbym została w dormitorium bo moje dzisiejsze zachowania są nie do przewidzenia, ale kto by powstrzymał się przed przyjściem na lekcje McGonagal. Tutaj zawsze jest ciekawie. Ten charakterystyczny zapach dla tej klasy jest tak piękny, że można by się nim delektować godzinami. Rozejrzałam się po klasie, a właściwie to po jej górnej części. Jak zwykle sufit przyozdobiony kilogramami pajęczyn sprawiał wrażenie jakby zaraz miał się zawalić, a może to po prostu złudzenia. No, w końcu jak się ma takich czterech chłopców w klasie można spodziewać się najgorszego. Usiadłam na swoim miejscu, wkrótce dołączyli do mnie pozostali i ta druga połowa, która zajmowała większą część ławki czyli Scarlet, z którą tak się składało, że byłam pokłócona. Kiedy spojrzała się na mnie tymi oczyma pt. „Przepraszam Lili dasz spisać zadanie domowe bo nie zdążyłam wczoraj?” odpowiedziałam jej oczyma pt. „Licz się dziewczynko na przyszłość ze słowami”. A figa najpierw się myśli, a później robi. Jak mieszkałam w domu prawie codziennie słyszałam jak tata mówił to do Petuni. Chyba dlatego, że zawsze robiła na odwrót :D. Obejrzałam się lekko za siebie. Do klasy przez otwarte na oścież drzwi wszedł wysoki chłopak o blond opadających na szarozielone oczy włosach. Zajął ławkę koło mnie i siadając spojrzał się na mnie z uśmiechem. Te oczy należały do mojego tancerza balu wiosennego. Odwzajemniłam uśmiech i przesunęłam oczy na McGonagal, która właśnie stanowczym krokiem wkroczyła do klasy. Oparłam dwoma rękoma głowę starając się nie zasnąć na nużącym wykładzie nauczycielki.
***
Minęła lekcja Transmutacji, Historii Magii, Eliksirów i Wróżbiarstwa, a ja nie zasnęłam, nie zasnęłam, nie zasnęłam! Odniosłam dzisiaj sukces nie ma co. Przez cały czas na lekcji nic o dziwo się nie działo bo jak ta czwórka chłopców (zwłaszcza tych dwóch) wkroczy do akcji to trzeba martwić się o klasę i o samego siebie :P. Jak dobrze jest sobie leżeć na łóżeczku w dormitorium, gadać i jeść żelki.
-Lila, ale James dziś był przemiły dla ciebie. Dał ci róże...- mówiła Emili z rozmarzonym obliczem.
-Wiesz najchętniej to bym je wyrzuciła przez okno by się zasuszyły...
-Nie, nie wolno. To przecież Lili takie romantyczne i miłe. Nie doceniasz Jamesa wiesz o tym?
-Emili, taka stara a taka naiwna. On to robi, żeby się popisać przed kolegami i...
-...i przed tobą- weszła mi w słowo Lucy.
-Ja ci zaraz pokarzę jak to dzisiaj wyglądało na Wróżbiarstwie- Celi wstała, chrząknęła i podeszła do Emili zaczynając odgrywać Pottera- Lila włoski ci się w fusach zamoczyły, zaraz ci je wyjmę. Wiesz, że rudy to kolor pięknej dziewicy. Ty taka jesteś umówisz się ze mną?
-Och... odczep się ode mnie. Słodkimi słówkami mnie nie zwabisz- Emili odpowiedziała. Cała nasza szóstka zaczęła się śmiać, aż nam łzy z oczu płynęły, a tynk ze ścian się sypał :D.
***
Śmiejąca się wyszłam na dwór. Wskazówka mojego zegarka wskazywała czwartą, lecz cały czas letnie słońce oświetlało hogwardskie jezioro, którego końca nie było nawet widać. Malutkie chmurki przemieszczały się po błękitnym niebie układając się w coraz ciekawsze przedmioty, zwierzęta. Jedna chmurka podobna była do psa, druga zaś do dwóch osóbek trzymających się za ręce. Patrząc tak w niebo usiadłam pod drzewem ochraniającym przed niezmierną ilością promieni, które zaszczyciły nas dzisiaj swoją obecnością. Wiatr, poruszając trawę wydmuchiwał z niej pełno pyłków, które uwolnione z zielonych krat wirowały szczęśliwe w powietrzu. Rozglądając się dokoła zauważyłam kilkoro pierwszaków bawiących się przy stawie niczym małe dzieci. Boziu co one robią?! Dzieci wkładały sobie trawę do ust, uszu d... i najwyraźniej bawiły się w zwierzątka z ogonami :P. Ja chyba nigdy nie miałam takich głupich pomysłów, w każdym razie żadnego z nich nie pamiętam.
-Można?- usłyszałam męski głos, nad swoją głową. Podniosłam oczęta do góry i spojrzałam na chłopaka. Patrzył na mnie z radosnym, pełnym energii wyrazem twarzy, spod jego poczochranych blond włosów widać było dwa zielone ślipia, wpatrzone we mnie z zaciekawieniem.
-Tak, jasne- odsunęłam książki na bok i przesunęłam się by chłopak miał miejsce do siedzenia.
-Dzięki. Wiesz wiele razy chciałem z tobą pogadać, ale od czasu balu ciebie nie widziałem yy... Lili?
-Tak Lili, miło mi. A ty...
-Kuba, także mi miło Madam- ucałował mnie w dłoń- jak ci się podobał dzisiejszy wykład McGonagal.
-Strasznie fascynujący, wiesz, a najlepiej było na Wróżbiarstwie.
-Tak a widziałaś jak ona się podniecała tymi fusami?- roześmiałam się. Nad nami stanął jakiś cień wysokiego chudego chłopaka. Podniosłam oczy do góry. No tak można było się tego spodziewać, że Potter zjawi się niebawem.
-Hej, Evans- odparł odgarniając włosy. Zrobiłam miny męczonej, więc ten tancerz Kuba widząc mój piękny wyraz twarzy odpowiedział mu:
-Chcesz coś od niej? My właśnie rozmawiamy jeśli nie zauważyłeś- Potter zmarszczył brwi.
-Powiedz to jeszcze raz. Nie masz prawa rozmawiać z moim warkoczykiem- spojrzałam na niego jak na osobę mało kompetentną do rozmowy ze mną i z Kubą. Moim warkoczykiem?! Eh, eh, eh i wypluć.
-Słucham?- zamrugałam nerwowo.
-Nie będę się powtarzał Evans.
-Trudno, wybacz ale muszę iść nie mam dla ciebie teraz czasu- odparłam do Pottera wyniosłym tonem i wstałam z zimnej już trawy. Ja już nie mogę liczyć na jakiekolwiek życie prywatne dopóki Potter będzie w tej szkole. Muszę się jakoś pozbierać i pogodzić z tym faktem, bo trochę jeszcze tu pobędę. Co za niedojrzałe dziecko. Na prawdę, żeby tak podejść do kogoś i wypalić, że nie ma z kimś gadać, bo... to chamstwo bezgraniczne. Moja mama kiedy prawiła mi swoje nauki życiowe powtarzała mi zawsze, że nawet jak rzeczywistość jest okrutna to trzeba się z nią zmierzyć i pokonać. Chyba tak samo trzeba zrobić z Potterem. Weszłam przez dziurę do Pokoju Wspólnego i usiadłam na kanapie. Płomienie tańczyły w kominku jak na wiosennym balu wprawiając mnie w przyjemny nastrój. Uśmiechnęłam się sama do siebie i odpędzając miłe wspomnienia zaczęłam czytać podręcznik od Historii Magii.
***
-Emili! Dziecko czy ty nigdy nie wydoroślejesz?- krzyknęłam wchodząc do dormitorium napotykając się na kartki z napisami „Potter jest super, żyje tylko dla niego”.
-Co ci Lila? Straciłaś poczucie humoru?
-A ty chyba poczucie własnego rozumu, który i tak jest zbyt mały, żeby coś się tam wartościowego znalazło.
-To nie było miłe.
-Dobre stwierdzenie... Weź te poduszki z mojego łóżka. Fuj... byś się wstydziła, Emili. Ze zdjęciem Pottera, czy ty poskradałaś zmysły dziewczyno?
-Nie, chcę żeby cały świat widział, że...
-Skretyniałaś do kwadratu?
-Nie, że kocham Pottera- uśmiechnęła się do poduszki. Obrzydlistwo fuj, fuj, fuj. Rzuciłam w nią chwytając w dwa palce poduszkę.
To se go kochaj z daleka od mego łoża i moich żelków, budyni, kisieli, książek i ciuchów- rzuciłam jej jeszcze jedno nieprzyjemne spojrzenie i rzuciłam się na łóżko.


Lilyan Evans
2006-11-08 21:50:36