Walentynki part two
-Och… to tak jak scena z horroru- mruknęła pod nosem Celi zbiegając ze schodów i siadając koło nas.
-Co się stało?- spytałam, choć myślami
Byłam zupełnie gdzie indziej. Co ten głupek znów wymyślił?
-A co miało się niby stać?
-Masz minę jakbyś najadła się czegoś niestrawnego, albo jakby pies zwymiotował Ci do buzi.
-Dobra. Dałam temu z siódmej klasy.
-Ale co? Kopa?
-Nie pało! Serduszko, a wiesz co on na to?
-Nie wyglądam na wróżkę.
-Przestań Lili. Ja tu mam poważne problemy!
-Dobra, dobra mów. Od początku mówiłam Ci, że to zły pomysł.
-Dasz mi dokończyć.
-Tak.
-No, więc dałam mu serduszko, a on powiedział, że mam spieprzać i że ma już na dziś dosyć takich jak ja.
-I ty tym się przejmujesz?
-Tak. Ja już nigdzie takiego nie znajdę.
-Znajdziesz młodszego, niezarozumiałego i miłego- włączyła się do rozmowy Lucy.
-Chodźmy, gdzie indziej topić twoje smutki, bo to jest zbyt nudna nora, by w niej siedzieć.
-Z tego co wyczytałam w tej debilnej gazecie to na pierwszą fazę rozstania…- Lucy urwała spoglądając jednym okiem na Celi-… choć ty w niej nie jesteś, bo wcale z nim nie byłaś związana potrzebna będzie ci czekolada i pełno płyt ze smętną muzą- szłyśmy przez korytarze, lekki wiaterek wiał z dziur w okiennicach i wpadało trochę przez nie białego zimnego puchu. Doszłyśmy do jakiegoś holu, w którym kłębiło się, ąż od dziewczyn w różowych sukniach z falbanami.
-Nie zapowiada się ciekawie. Celi co ci? Nie słuchasz… o mój Boże- zamarłam nagle w miejscu. Na korytarzu widniał wielki plakat z napisem „Kocham ciebie Lili Ewans”. I to do tego z błędem w nazwisku.
-To mi bardziej poprawi humor. Ha! Ha!
-To nie jest śmieszne! Do Jasnej Anielki kto to wymyślił?!
-Tego nikt nie wymyślił Lili. Ktoś ciebie kocha.
-Lucy nie wydurniaj się i pomóż mi to zdjąć.
-Ciekawe jak. Jeśli nie zauważyłaś nie ma tu ośmiometrowej drabiny.
-A po co uczymy się czarować co?!
-Nie wiem- przewróciłam oczami. Nagle poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciłam się twarzą do danego obiektu i spojrzałam prosto w chytro-przebiegłą twarz, z ohydnymi okularkami.
-Potter to wasza robota domyślam się.
-To my Lili się zmywamy- powiedziała Lucy i poszła gdzieś razem z Celi.
-A jak inaczej.
-Tak, jasne i jeszcze zacznij się popisywać przed tymi różowymi klonami proszę bardzo.
-Czemu nie?! Zabronisz mi?!
-Pewnie, że nie bo pan Wielkie P. oczywiście jest pępkiem Hogwartu i może robić co mu tylko przyjdzie głupiego do głowy. Rób sobie co chcesz, ale mnie w to nie mieszaj!
-Słucham? To ty jesteś straszną egoistką! I ciągle na mnie wrzeszczysz! Wielka Pani E. ciągle przewraca oczami na innych i jesteś wielką kujonicą!- spojrzałam mu w oczy. Spokojnie to tylko Potter… Potter… Potter… Potter. Poczułam, że oczy trochę napełniły się łzami. Nie chcąc pokazywać czterem nadmuchanym z dumy, że mogą się popisać chłopcom, że wzruszyłam się jego chłodnym tonem, powiedziałam jeszcze tylko:
-Tak na marginesie jakbyś nie wiedział to Evans piszę się przez „v”- rzuciłam głową w odwrotną stronę i odeszłam, przepychając się między różowymi pannicami. Jak on może coś takiego o mnie mówić?! Jeszcze nigdy czegoś takiego od niego nie usłyszałam! Ale nie, spokojnie nie będę się martwić tym niedojrzałym pacanem! Kilka ciepłych łez zleciało mi po policzku. Nie będę płakać. Wtargnęłam ze złością do dormitorium. Dziewczyny obrzuciły mnie pytającymi spojrzeniami, a ja tylko uśmiechnęłam się rzucając się na łóżko i zasłaniając jego zasłony. Czy mówiłam już, że nie cierpię walentynek?
Lilyan Evans
2005-11-20 20:55:34